Ogłoszenia:

S.W.A.N.: Chernobyl Unexplored – recenzja

img
maj
24

Oczekiwania wobec tej gry nie były duże… Można powiedzieć, że wręcz symboliczne. Czy S.W.A.N.: Chernobyl Unexplored je spełnia?

Od jakiegoś czasu czekałem po cichu na S.W.A.N.: Chernobyl Unexplored. Z pewną celowością nie wspominałem o nim ani na kanale, ani na CZ z najprostszej z możliwych przyczyn – nie chciałem zapeszać, ponieważ wszystko brzmiało na tyle dobrze, że miałoby szansę obronić się jakością już po premierze i zyskać należny rozgłos. Nieduży, bo i gra miała nie być przesadnie duża, ale przecież wielkość nie jest wyznacznikiem jakości…

Tytułowy S.W.A.N. czyli Syndrome Without A Name, to nazwa instytutu znajdującego się w pobliżu Prypeci. To jedna z tych tajnych placówek, w których przeprowadzano jakieś tajemnicze eksperymenty, ale jakimś cudem nikt o tym miejscu nie wiedział. Zmieniło się to prawie rok po katastrofie w Czarnobylu, kiedy to odebrano tajemnicze sygnały sugerujące, że w S.W.A.N. przebywają jacyś ludzie. Zorganizowana zostaje grupa ratunkowa, która ma za zadanie odnaleźć i zbadać to miejsce, a także uratować kogo się da. Tyle, jeśli chodzi o tło fabularne.

Intro jest koszmarnie długie i co najmniej połowę uważam za zbędną; wydarzenia w grze i tak praktycznie w żaden sposób nie odnoszą się do tego, co prezentuje wprowadzenie – jedynym plusem początkowej cutscenki oraz wszystkich innych nagrań głosowych jest to, że w roli lektora wystąpił tutaj Mirosław Utta, którego dobrze znacie z wielu filmów, reklam, radia i, oczywiście, trylogii S.T.A.L.K.E.R.-a.

Wkrótce po intrze lądujemy najwyraźniej w tytułowym instytucie. Najwyraźniej, bo w zasadzie nic nam tego nie sugeruje. W przeciągu kilku pierwszych minut zapoznajemy się z prostymi mechanikami, takimi jak ekwipunek oraz dziennik, a ledwie kilka pomieszczeń dalej trafiamy na bajecznie prostą zagadkę – bo S.W.A.N. to horror, ale nie taki zwyczajny, a – jak twierdzi opis na Steamie – „puzzle horror”. Po przebrnięciu przez pierwszą łamigłówkę musimy pozbyć się niezbyt przyjaźnie wyglądającego gościa w korytarzu i ruszamy dalej.

Na tym etapie gra wygląda jak zwyczajny horror, jakich całe mnóstwo powstało (i powstaje nadal) po sukcesie pierwszej części Amnesii od studia Frictional Games. Początek S.W.A.N. to spacer po opuszczonym, dość sterylnie wymodelowanym budynku. Tu i ówdzie natrafimy na jakąś notatkę, napis na ścianie czy ogromny napis „BIEGNIJ” na podłodze sugerujący, że chyba czas się zbierać. Na tym etapie najbardziej irytowały mnie… okna. Puste, białe, nieprzejrzyste i wzmagające poczucie znajdowania się w plątaninie kilku korytarzy, pośrodku pustki edytora poziomów.

Niedługo później trafiamy na Myślosłuchacz, co – nie wierzę, że jest inaczej – stanowi kolejne, po zatrudnieniu Mirosława Utty, nawiązanie do serii GSC.

Teoretycznie powinien to być moment, w którym zaczyna się robić ciekawie, prawda? Historia gęstnieje, pojawia się więcej elementów układanki, które następnie składamy powoli w całość i poznajemy misternie utkaną intrygę. Tyle, że tak nie jest.

Na stronie (najwyraźniej) jednoosobowego studia Volframe, jakie odpowiada za grę, znajdziemy takie wyjaśnienie jego nazwy:

„Nazwa studia wzięła się z połączenia 3 elementów, odgrywających rolę w kreacji wizualnej i dźwiękowej:

Vol – [z angielskiego – przyp. red] głośność dźwięku
Frame – klatka filmu
Wolfram – pierwiastek chemiczny używany w żarówkach, symbol światła”

Jeśli brzmi to dla Was jak przeintelektualizowana teoria, doklejona do czegoś z natury prostego, to witam w klubie – dla mnie też. To podejście znajduje też odzwierciedlenie w S.W.A.N.: Chernobyl Unexplored. Gra jest zupełnie niepotrzebnie pogmatwana, a budowane w intrze napięcie rozbija się bardzo szybko o kompletnie niezrozumiały dla mnie projekt całości. Najpierw biegamy chwilę po instytucie, potem bohater bez cienia wątpliwości postanawia skorzystać ze wspomnianego Myślosłuchacza, a kilka minut później wchodzimy do czarnej dziury (?), gdzie odbywamy pogawędkę z… głową.

Następnie wychodzimy w zupełnie innym miejscu, dostajemy do ręki broń i odbywamy krótki tutorial walki – potyczki są niby proste, ale zrozumienie ich zasad zajęło mi zdecydowanie więcej czasu, niż chciałem na to poświęcić. Ponownie uderzyła mnie też sterylność lokacji; o ile instytut był dość prostym repetytywnym wnętrzem, tak tutaj studio Volframe przeszło samo siebie – walczymy na zupełnie płaskim kwadracie, zawieszonym w przestrzeni.

Twórca gry mógłby powiedzieć, że jako niezależny deweloper miał jakąś konkretną wizję i podążał w jej kierunku. Że jego dzieło w zamierzeniu miało być abstrakcyjną wycieczką po pełnym tajemnic instytucie w opuszczonym Czarnobylu. Że jest tu jakaś symbolika, że toporna walka, którą będziemy zajmować się przez zaskakująco dużą część tej przygody ma jakieś znaczenie. I wreszcie, że zakończenie do czegoś prowadzi. Nie wątpię w to, ponieważ widać, że w S.W.A.N. włożono sporo pracy, a design lokacji czy fabuła nie są przypadkowe. Nie mogłem jednak oprzeć się wrażeniu, że najbardziej przypadkowy jest… sam Czarnobyl. Albo raczej „sugestia Czarnobyla”, bo przez całą grę nie trafiłem na nic, co uwiarygodniłoby fakt, iż główny bohater faktycznie jest w Strefie – nie licząc ostatnich minut rozgrywki. Ignoruję takie elementy jak wyposażenie instytutu, pochodzące z odpowiedniej epoki, małe popiersia Lenina i inne smaczki, bo to samo znajdowałoby się w analogicznym instytucie w Moskwie, Petersburgu, Kijowie lub Mińsku.

Za to zarówno intro, jak miniaturka oraz opis na Steamie reklamują grę właśnie Czarnobylem. Do tego Mirosław Utta, wspomniane drobne nawiązania do S.T.A.L.K.E.R.-a… A poza tym? Chaos narracyjny, przekombinowanie, dość prymitywne i kompletnie nielogiczne zagadki, a także kilka dialogów napisanych jakby specjalnie z myślą o tym, by przeczytał je znany lektor.

Jako, że S.W.A.N.: Chernobyl Unexplored jest horrorem, to znajdziemy tutaj wiele elementów budujących klimat grozy. Szkoda tylko, że należy do nich głównie stosunkowo małe pole widzenia (bez latarki nie widać ściany znajdującej się centymetr od bohatera), ślamazarne sterowanie i kilka jumpscare’ów. Te ostatnie są o tyle złe, że szybko stają się przewidywalne oraz irytujące.

Narzekam i narzekam, jakby debiutancka produkcja studia Volframe była fatalna, ale tak nie jest. Są tutaj elementy, które mogą się podobać i takie, na które można przymknąć oko z racji budżetowości tego dzieła. Autor miał jakiś pomysł, jednak coś nie zagrało, a doklejanie do tego Czarnobyla i smaczków dla fanów S.T.A.L.K.E.R.-a jest chyba jedynym, co może przyciągnąć do S.W.A.N.: Chernobyl Unexplored na dłużej. Ale wcale nie długo – grę można ukończyć w kilka godzin, ale zdecydowanie lepiej sięgnąć po coś innego.

Podobało się? Udostępnij i pomóż w ekspansji Centrum Zony!
3.5/10
  • Grafika
    3/10
  • Audio
    6/10
  • Grywalność
    2/10

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.