Ogłoszenia:

3 (w miarę) nowe gry z akcją osadzoną w Czarnobylu

img
maj
24

Gry osadzone w Czarnobylu to rzadkość, ale w ostatnich miesiącach pojawiło się kilka tytułów, którym postanowiłem się przyjrzeć. Nieco krótsza i mniej szczegółowa niż poniższy tekst wersja wideo – tutaj.

Nigdy nie byłem wielkim fanem gier niezależnych, ponieważ większość z nich miała zawsze jakieś braki, które wynikały nie tyle z braku umiejętności twórców, co niedostatku czasu albo funduszów. Długi czas termin „gra niezależna” oznaczał dla mnie coś niedorobionego, zrobionego „po kosztach” i na szybko. Zacząłem zmieniać zdanie wraz z pojawieniem i upowszechnieniem się Early Accesu, ale ciągle było (i jest) więcej wtop, niż faktycznie wartościowych produkcji. Punktem zwrotnym trochę nieoczekiwanie okazała się dla mnie Subnautica, którą uważam za surwiwal absolutny, posiadający wszystko to, czym dobra gra z tego gatunku powinna się odznaczać.

Subnautica: Below Zero

Za Subnauticą nie stała na początku żadna wielka machina wydawnicza, a stosunkowo małe studio złożone z utalentowanych ludzi, z którymi miałem swojego czasu okazję pogadać. Potem się to trochę rozrosło, ale przez dłuuugi czas produkcji gry deweloperzy słuchali społeczności i reagowali na wszystkie sugestie, co pozwoliło rozwinąć się grze w taki sposób, w jaki chcieli deweloperzy i jednocześnie taki, w jaki chcieli grać ludzie. W pewnym sensie podobnie było z samodzielnym dodatkiem, Below Zero, który niedawno wyszedł z Wczesnego Dostępu

S.W.A.N.: Chernobyl Unexplored

Czemu przywołuję akurat Subnauticę? Bo mam wrażenie, że pierwsza gra, którą wziąłem na warsztat ucierpiała na tym, na czym Subnautica skorzystała. To znaczy wydaje mi się, że jej autor nikogo nie pytał o zdanie, nie konsultował z nikim swoich decyzji i zrobił to, co chciał i jak chciał. Z jednej strony pochwalam, z drugiej nie, bo S.W.A.N. ociera się przez to o zwykłą, ordynarną wręcz kaszanę.

Więcej na temat tej gry dowiecie się z naszej recenzji, która pojawiła się dzisiaj rano. Nie ma sensu powtarzać wniosków w niej zawartych jeszcze raz, więc zainteresowanych zapraszam tutaj.

Chernobyl Liquidators Simulator

Wieszcząc już dwa lata temu powrót mody na Czarnobyl byłem świadomy tego, że sytuacja rozwinie się dwojako – nowe projekty związane w jakiś sposób z katastrofą pójdą albo w ślady S.T.A.L.K.E.R.-a (czyli mniej science, bardziej fiction), albo  porwą się na coś bardziej realistycznego. A jeśli realistycznie, to trzeba wymyślić formułę, która będzie jednocześnie wystarczająco przekonująca, ale i zabawna – w końcu gra wideo to produkt rozrywkowy, który musi przynosić konsumentowi frajdę, nie? Z tego i z szalejącej w naszym kraju od lat mody na symulatory, narodziło się to – Chernobyl Liquidators Simulator.

I wiecie co? Ta gra jest… psychodeliczna.

Właśnie w 35 rocznicę katastrofy w Czarnobylu udostępniono testowe demo, zawierające fragment poziomu z gaszeniem elektrowni. Fragment, bo nie jest to cały segment, pozwala mniej więcej zapoznać się z tym, co symulator likwidatora będzie sobą reprezentował. Tyle, że nie do końca, bo jeden ze zwiastunów pokazuje zdecydowanie więcej, niż zobaczymy w demie. I wydaje mi się, że odczucia z gry będą zupełnie inne, kiedy dostaniemy do rąk całość. No, ale nie wybiegajmy za daleko w przyszłość i zacznijmy tam, gdzie zawsze – na początku.

Jak się gra w to demo? Nieźle. Optymalizacja na razie leży i kwiczy, przygnieciona przez radioaktywny gruz z elektrowni, ale poza tym naprawdę nie jest źle. Kiedy wysiądziemy z samochodu, jesteśmy rzucani w sam środek akcji, czyli gaszenia pożaru. Wraz z nami jest kilka kukiełek, które coś tam niby gaszą, ale są przyspawane do podłoża i wykonują tylko pętlę krótkiej animacji. Krótki samouczek, sprowadzający się do używania kilku klawiszy – do gaszenia, podglądania bezużytecznej w demie mapy oraz radzenia sobie z innymi przeciwnościami losu i leczenia. Prościzna.

Chernobyl Liquidators Simulator

Następnie krótki segment zręcznościowy, w którym musimy obejść pożar po gruzach i ugasić płomienie, powrót i wycieczka na górę – na dach. A tam jeszcze więcej płomieni, pozbywanie się radioaktywnych odpadów, zagradzających drogę, kolejna drabina i… coś jakby skok wiary z Assasins Creed. Serio, gość z konkretnym, ciężkim ekwipunkiem kica jak zajączek pomiędzy fragmentami rozpadającej się elektrowni. Potem jeszcze jeden korytarz, kilkukrotne użycie gaśnicy i koniec. Przejście dema zajęło mi równe 30 minut, a nie pędziłem na złamanie karku.

Chernobyl Liquidators Simulator

Z punktu widzenia mechaniki to jest to zwyczajna gra akcji z niezbyt dobrą, ale wystarczającą fizyką – ot, taki „akcyjniak” na jedno popołudnie.

Jak wspomniałem wcześniej uważam, że opublikowany wcześniej zwiastun z gameplayem mówi na temat tej gry zdecydowanie więcej. Czy dobrego… No, niekoniecznie. To chyba zależy od tego, jak podchodzimy do „symulatora” w tytule. Jeszcze raz – rozumiem, że trzeba wymyślić jakąś formułę, pętlę gameplayu, która przyciągnie ludzi do ekranu. Tyle, że robiąc grę o szukaniu jedzenia, paleniu cygar i piciu wódki, nie nazywasz tego symulatorem likwidatora.

Władimir Prawik, który pojawia się w demie, od sierpnia 1982 roku służył jako dowódca zmiany strażaków, zajmujących się ochroną elektrowni. To właśnie on dowodził pierwszą grupą, jaka dotarła na miejsce po katastrofie. Wtedy jeszcze mało kto wiedział, co się tak naprawdę wydarzyło, a sami strażacy mieli tylko śladową wiedzę na temat promieniowania. Prawikowi zawdzięczamy na przykład podjęcie decyzji o odcięciu pożaru – tak, by nie rozprzestrzenił się na inne reaktory. No i, nie wdając się w szczegóły, spędził tam na tyle czasu, że nabawił się poważnej choroby popromiennej.

W tym momencie oszczędzę Wam dokładnego opisu tego, co choroba popromienna robi z ludzkim ciałem, ale zarówno dla Prawika, który zmarł dwa tygodnie po katastrofie, jak i dla wielu innych ludzi udział w likwidowaniu skutków katastrofy w Czarnobylu nie skończył się najlepiej. Szacuje się, że łączna liczba likwidatorów wynosiła około 600 tysięcy, z czego około 60 tysięcy zmarło, a kolejne 160 tysięcy nabawiło się różnych niepełnosprawności. Pytanie brzmi – czy Chernobyl Liquidators Simulator pokaże także i tę stronę problemu? Albo żołnierzy, strzelających do pozostawionych w Zonie zwierząt domowych? W końcu… no wiecie, symulator.

No nie pokaże, bo jest grą komputerową i nie bawilibyśmy się zbyt dobrze oglądając, jak nasza postać umiera w męczarniach.

Pokaże nam za to picie wódki, jedzenie kiełbasek i palenie cygar, czyli strywializuje dość poważny temat – największej katastrofy nuklearnej w historii naszego gatunku.

Na zwiastunie zobaczymy też mnóstwo mniejszych wpadek. Nasz likwidator ma np. bardzo specyficzną zapalniczkę – taką z czerwoną gwiazdą. Taką, jakiej w zasadzie nie miał prawa posiadać. Chwilę wcześniej widzimy mikrofalówkę, która co prawda była produkowana od 1978 roku, ale prawdopodobieństwo, że znajdowałaby się w przeciętnym mieszkaniu w Prypeci jest bliskie zeru.

Chernobyl Liquidators Simulator

Przełącznik AZ-5 (służący do awaryjnego wygaszania reaktora) wygląda zupełnie inaczej, niż w rzeczywistości, helikoptery pod koniec lecą zdecydowanie za nisko (i od złej strony) i wiele, wiele innych wpadek, na czele z niewłaściwą geometrią modelu samej elektrowni – to wszystko można zobaczyć w zwiastunie gry, która chce być symulatorem. Twórcy w jednym z artykułów na Steamie odnosili się do najczęściej powtarzanych zarzutów i starali się to jakoś wytłumaczyć.

Może jeszcze bym to zaakceptował gdyby nie fakt, że wniosek z ich tłumaczenia był taki, że „w głębi serca są artystami”. Ludzie tworzący gry wideo generalnie są artystami, ale sztuka sztuce nierówna. Podczas gdy jeden będzie się zachwycał dziełami Michała Anioła, drugi inny dostrzeże sens istnienia w pracy Piss Christ, Andreasa Serrano. To jest całkowicie w porządku. Tak, jak całkowicie w porządku jest robienie takiej gry, jaką tworzy Live Motion Games, czyli trochę „jajcarskiego” pseudosymulatora czarnobylskiego stalkero-złodziejo-nibyasasyna. Tylko tak samo, jak wspomniane Piss Christ rozpatruję bardziej w kategorii prowokacji niż sztuki (choć tu temat jest cięższy i bardziej złożony, ale to nie czas i miejsce na analizowanie go), tak Chernobyl Liquidators Simulator wygląda w tym momencie na tanią próbę dorobienia się na – bądź co bądź – tragedii.

O ile gry wideo są medium, mogącym poruszać nieco odważniejsze tematy, tak do niektórych należy podchodzić bardzo ostrożnie. I, przynajmniej moim zdaniem, temat likwidatorów i realistycznego przedstawienia katastrofy w Czarnobylu do nich należy. Na tyle, że robienie z tego tematu przebieżki po dyskotekowo oświetlonych poziomach trochę jednak urąga powadze sytuacji.

Mimo tego, że koncept tej gry mi się nie podoba, życzę powodzenia Live Motion Games. Mimo wszystko trzymam kciuki, bo pracuje przy tym Marcin Trojanowski, który swojego czasu sporo modował S.T.A.L.K.E.R.-a. Do dziś mam gdzieś jego moda na pogodę do Cienia Czarnobyla i swojego czasu bardzo fajnie uzupełniał podstawkę. Zobaczymy, jak będzie wyglądała pełna wersja, ale ja chyba poświęciłem tej grze wystarczająco dużo czasu. Być może jeszcze do niej wrócimy na łamach CZ lub na StalkerWorld, ale ja już raczej mam dość.

Liquidators

A na koniec, w ramach przeciwwagi do frustracji, jakie spotkały mnie w dwóch poprzednich produkcjach, coś o wiele, wiele mniejszego, ale zaskakująco dobrego. Liquidators to projekt studencki, stworzony małym nakładem pracy i bez żadnych, dodatkowych funduszy. Jest też całkowicie darmowy – potrzebujecie tylko konta na Steamie i już możecie grać.

Gra pozwoli wcielić się w jednego z trzech likwidatorów: Aleksieja Ananenko, Walerego Biespałowa oraz Borysa Baranowa. Jeśli choć trochę interesujecie się tą realną katastrofą w Czarnobylu wiecie, że są to prawdziwi ludzie, którzy właściwie uratowali Europę przed dalszymi konsekwencjami awarii w ukraińskiej elektrowni.

Cały problem polegał na korium, czyli mieszaninie powstałej ze stopionych elementów reaktora, przypominających wyglądem lawę. Korium stopiło betonową podłogę elektrowni i istniało (niewielkie, ale jednak) ryzyko, że przedostanie się do zbiorników na wodę, pełnych skażonej cieczy. Gdyby tak się stało, Europie groziłaby eksplozja o sile kilku megaton, która doprowadziłaby zapewne do śmierci milionów ludzi, a także skażenia terenu tak dużego, iż spory kawałek świata stałby się zwyczajnie niezdatny do życia przez wiele lat. To właśnie ta trójka miała za zadanie odnaleźć zawór, pozwalający na wypompowanie wody i ochłodzenie zbiorników ciekłym azotem. Było to o tyle niebezpieczne, że szansa na odnalezienie zaworu była stosunkowo niska, a brodzenie w radioaktywnej wodzie pod reaktorem było właściwie równoznaczne z szybką śmiercią – to tak w ogromnym skrócie.

Borys Baranow, Walery Biespałow i Aleksiej Ananenko / ©kyivcity.gov.ua

Dwóch z nich ciągle żyje i ma się całkiem nieźle, niestety Baranow zmarł w 2005 roku.

I to właśnie historia trójki śmiałków jest tematem Liquidators. Pierwsze, co rzuci Wam się w oczy po odpaleniu gry to specyficzny filtr obrazu, który buduje fajny klimat, ale po krótkiej chwili może okazać się męczący. W menu jest opcja, pozwalająca wyłączyć go całkowicie, a Liquidators, przynajmniej moim zdaniem, nie traci na tym swojego specyficznego klimatu.

Liquidators, z filtrem obrazu
Liquidators, bez filtra obrazu

Czego tutaj nie ma? Żadnych potworów, żadnych jumpscare’ów, broni, artefaktów. Nic nie próbuje grać na sentymentach do serii GSC, nikt nie każe nam też myśleć, że gramy w hiperrealistyczny symulator. Pomysł jest bardzo prosty – każda z trzech postaci ma nieco inne zdolności i różny stopień odporności na promieniowanie. Wszyscy posiadają także dozymetr i latarkę, które staną się naszymi jedynymi sprzymierzeńcami podczas tej niedługiej wycieczki po elektrowni, której celem jest właściwie uratowanie Europy przed katastrofą.

Gameplayowo wygląda to dość standardowo – wykorzystując różne umiejętności bohaterów, przemierzamy lokację i staramy się dotrzeć do kilku zaworów. Jeden potrafi kucać, inny zna się na elektryce i tylko odpowiednie wykorzystywanie tych umiejętności pozwoli na poradzenie sobie z problemem.

Być może ten opis nie brzmi zbyt porywająco, ale wierzcie mi, że ta gra świetnie buduje napięcie i pozwala wczuć się w sytuację, w której znaleźli się bohaterowie – nawet pomimo tego, że Liquidators jest bardzo oszczędne w środkach. Delikatna, symboliczna wręcz ścieżka dźwiękowa, w której poza odgłosem kroków i złowieszczym ambientem w tle, usłyszymy także komunikaty od rodzin bohaterów jednocześnie przeraża i motywuje do brnięcia dalej. O błąd tu naprawdę nietrudno, a utrata postaci sprawia, że traci ona przytomność i wracamy do okna wyboru bohaterów. Tu pojawia się pytanie – uratujemy towarzysza i wyniesiemy go stamtąd, czy pozwolimy mu umrzeć i zajmiemy się wykonywaniem głównego zadania?

Liquidators nie próbuje nam wmówić, że jest symulatorem lub horrorem, ani że ma ambicje na opowiedzenie jakiejś historii. To prosta, stosunkowo krótka gra przygodowa, w której mamy tylko kilka zagadek do rozwiązania oraz parę zaworów do przekręcenia. Mimo tego straszy i „symuluje” pewne warunki lepiej, niż dwie poprzednie gry i jeśli szukacie czegoś do ogrania, a nie macie zbyt wiele czasu, to dajcie szansę Liquidators.

Oczywiście nie są to wszystkie gry, jakie pojawiły się (bądź mają pojawić się niedługo) z akcją osadzoną w Czarnobylu. Znalazłoby się takich pozycji zdecydowanie więcej, ale przecież czas nas nie goni – wrócę do tematu, jak tylko najdzie mnie ochota na kolejne, „klimatyczne” produkcje.

Podobało się? Udostępnij i pomóż w ekspansji Centrum Zony!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.